sobota, 3 października 2009

1958 do +nskncznść.


chroniczna marnacja.
kontrola sygnalizacji świetlnej.
niszczycielskie moce rozkładu jazdy.

z dupy wzięte, ciąg paszy.


wabię się fafik, jestem bull terierem, a pochodzę z hodowli pani halinki.
reaguję na 'siad', 'bierz go', 'aport' & 'przynieś kapcia'.
bardzo smakuje mi kocia karma, lecz o tym nikt nie wie, bo ja nie umiem mówić.
szczekam jedynie, hał hał.

si wi, kurba.


trudnię kontemplacją własnej bezsilności w aspekcie piasku pod huśtawkami.
mieszkam na śmietniku.
z wysypiska myśli wygrzebuję obojętność & gotuję z niej pastę.
gdy już zejdę, to z przejedzenia, a tobie pozwolą wówczas pogładzić mój abstynencki brzuszek piwosza.
nadęty taki.

bezcelowo raczej chyba.


roly poly.
arco na pizzicato.
jest zimno.

chcę nie chcieć,
nie chcę chcieć.
chcę&niechcę.
przeraża.

nie zmienia faktu, że nie wiem.

komplikujesz.
brakujesz.
drażnisz.
szatkujesz.

idź sobie, podejdź tutaj w kolczykach z klamek samochodowych.
właśnie tak, inaczej.
tępo, niekonkretnie, żenująco.
sprecyzuj, bądź zamilcz z odbakaliowanym keksem w garści.
przedawkowanie przyimków gwarancją rychłego upadku tego, co już leży.
pszz pszzz pszzzz...
pszenica.

wewnątrz miszel. wokół cisza.


jestem ćwierćminusatrakcyjną dziewczynką o połówkowym rozmiarze buta & 165 cm w kłębie.
chętnie zapłacę ci za stertę kłamstw & chwilowe przetransponowanie mnie do podzbioru liczb bezwzględnych.

stawka do uzgodnienia, odpowiadam na losowe zgłoszenia.

pentyk pokojowy.


myślę o podłodze & znajduję sufit.
to dziura w percepcji - ma kształt nieskończeniewielokątny, a przepuszcza przez siebie nawet najbardziej krągłe okruszki szansy.
lecą w dół tak długo & od tak dawna, że nie sposób spamiętać od kiedy konkretnie, lecz powód jest znany & podmiot też w sumie.

myślę o podłodze & znajduję sufit.
nie tyle o lądowaniu tu mowa, lecz o wryciu się tępym kadłubem głęboko w skorupę & konsekwentnej podróży do centrum, tam gdzie miękko, lecz żarliwie & skąd już nie ma ucieczki.
tlenu braknie, lecz gie płonie, dać nie raczy przejść na wylot.

myślę o podłodze & znajduję sufit.
flak & bebech krwią opluty zawieszony w crofesimie, chciałby dalej, chciałby wstecz, chciałby móc, nie może, rwą go.
odśrodkowo, dośrodkowo, byle został cały kurczowo się trzyma, nie sam - ich wolą, li chcą, by mu w przełyk wpłynęła każda kropelka cierpienia.

myślę o podłodze & znajduję sufit.
zdychamento z twarzą spięta: tysiecznym obojętne, trzem akuratne, jednym smutne, minus dwum piętnastym tragiczne.
dawca minusa dla ostatnich nie przybywa, więc na do widzenia uroić wypada sobie sytuację, w której ten motor z zezwoleniem wylatują w powietrze: bum [!] boli, że boli, boli, że przestanie.

myślę o podłodze & znajduję sufit.
gdzie moja rzęsa [?]
nie wiem, bo mnie nie ma, pozostawiam semantyzmy dla niestniejącego wcześniej ładu & się żegnam z niemą historią świata drewnianej żarówki & cytryny na ustach.

poniedziałek, 23 marca 2009

jak zabawnie jest ścisnąć ciepła stopę chłodną dłonią.


pościskam tak sobie aż do końca świata.
ojej, pan mus.
cóż, pan, panie musie, wie jak będzie.
pad doskonale wie, jak będzie, czy sens jakkikolwiek by się znalazł w mym dalszym tłumaczeniu.
trafnie, a & twarze pozostaną to niezbadane, to niedostępne.
wywar z upokorzenia wypiję duszkiem,
koktajl doustnej podłości opróżnię przez słomkę,
pierwiastek nieudacznictwa utrwalę dożylnie,
a resztę dni spędzę przy herbatce chronicznego zmęczenia.
nieopatrznie przyuważona na ulicy dostarczę bezgranicznych złoży samozadowolenia,
uszczęśliwię, wzbogacę, podbuduję.
niechże misja ma, łaską towarzysza kartofla spowita, chwałą się okryje & w pudełeczku chluby w kredens jego wskoczy, amen.